TVP.info

Przebywasz tutaj: Prasa / Recenzje
Okładka A Thousand SunsDobrze, ale dlaczego tak krótko?

Od ostatniej płyty Linkin Park minęły ponad trzy lata. Po sukcesie albumu „Minutes to Midnight” zespół miał trochę czasu, żeby opracować sporo nowego materiału. Grupa zapowiedziała płytę eksperymentalną, która będzie niosła zupełnie nowe brzmienia. Czy plany Linkin Park się powiodły? Rzeczywiście, na „A Thousand Suns” jest trochę nowości, więcej elektroniki, a nawet popu. Mimo to, zdaniem wielu całość to niewypał, a nawet najgorsza płyta w dziejach grupy. Czy jest tak na pewno?

Płytę rozpoczynają „The Requiem” oraz „The Radiance” – dwa krótkie utwory, które mają zbudować klimat dla całości. Po chwili czekamy na coś niezwykłego, jednak dostajemy od autorów utwór „Burning in the skies”. Cała atmosfera wygasa, zespół gra zwykły pop i to jeszcze wymyślony na wzór lat 80. W podobnych klimatach dużo lepszy jest debiutujący niedawno zespół Hurts. Zatem jeśli chłopaki z Linkin Park mieliby pójść w tę stronę, to może lepiej nie...

Dopiero piąty na płycie „When they come for me” to wreszcie coś w stylu Linkin Park. Mocno zagrana piosenka, z jeszcze silniej rapowanym tekstem. Refren bazuje za to tylko na prowadzonej głosem prostej melodii. Za ten utwór brawa dla zespołu! Kolejny „Robot Boy”, śpiewany jest też nieco bardziej na popowo, ale już nie tak banalnie jak „Burning in the skies”. Pełen jest delikatnego, niemal chóralnego śpiewu, mocnych akcentów na fortepianie i długich syntezatorowych brzmień. Gdyby zmienić tekst i dołożyć potężny „czarny” kobiecy głos, byłoby naprawdę niedaleko do muzyki gospel. To następna bardzo dobrze skomponowana piosenka, która przechodzi w nieco krótszą i będącą bezpośrednią jej kontynuacją „Jornada del Muerto”.
W rockowej piosence „Waiting for the end” dzięki agresywnej perkusji, prostej melodii, a także trzyosobowemu chórkowi panów Shinody, Benningtona i Farrela, którzy śpiewają razem mniej więcej od połowy, całość brzmi jakby zespół odmłodniał o 10 lat i dostał kopniaka pozytywnej energii właściwego dla początkujących garażowych zespołów z USA. Przy tym to w pełni profesjonalny utwór warty wielokrotnego przesłuchania. Uwaga – poprawia humor!

Nie mniejsza uwaga należy się piosence „Blackout”. To rap, wrzaski, tajemniczy podkład, efekty komputerowe nakładane na głos – esencja Linkin Park, absolutne wariactwo! Jednak zespół na dobre nakręca się w utworze „Wretches And Kings”. Mamy w nim połączenie rocka, z niepowtarzalnym wrażeniem, że jakaś hiphopowa mafia czeka na nas gdzieś za rogiem. Absolutny linkinparkowy majstersztyk pełen tak dawno niesłyszanych gramofonowych skreczów.

Ciekawym akcentem jest „Wisdom Justice and Love” – kazanie Martina Lutera Kinga z 4 kwietnia 1967 roku, w którym protestuje on przeciwko wojnie w Wietnamie. Remiks tego kazania w wykonaniu Linkin Park jest naprawdę mocny. Kolejny utwór „Iridescent” – zaśpiewany jest w stylu zespołu 30 Seconds to Mars. To znów daleko od znanego nam oblicza Linkin Park, jednak naprawdę nie jest źle.
Znany z singla promującego cały album „The Catalyst” to chyba przykład tego, co artyści chcieli osiągnąć całą płytą. Słychać styl Linkin Park, wymyślony jednak od nowa. To bezapelacyjnie najlepszy utwór, który w połowie zupełnie zmienia swój charakter z już bardzo dobrego na niemal genialny.

Ostatni, przepiękny utwór „The Messenger” śpiewany jest tylko przy akompaniamencie gitar i fortepianu. Od początku przypomina coś innego. Potem przez parę dni chodzi po głowie, aż wreszcie po kilku nieprzespanych nocach wiadomo, że nie śpiewa Chester Bennington, ale Bob Marley i jego „No Woman No Cry”.

Wbrew temu, co piszą krytycy, najnowsza płyta Linkin Park jest moim zdaniem naprawdę dobra. Szkoda, że trzeba czekać aż tak długo, żeby coś się na niej zaczęło dziać. Szkoda, że jest tak krótka (tylko 9 pełnych utworów), i że zespół raz czy dwa zabłądził za bardzo w pop. Jednak wszystko to, co zostało, to co Linkin Park chce nam sprzedać, to kawał prawdziwego, melodyjnie rozkrzyczanego oblicza grupy, do którego wszyscy przywykliśmy. Ba, jest nawet parę perełek, które na lata pozostaną z nami. Dobra robota, tylko dlaczego tak krótko?