Muzyczna.pl
Linkin Park to doskonały przykład na to jak sukces komercyjny zespołu może odwrócić od niego część fanów, dla których underground jest świętością i nie warto z niego wychylać nosa. Pamiętam jak dziś premierę ich debiutanckiego "Hybrid Theory" i to jak bardzo zadowoleni byli fani grupy, do czasu gdy zespół stał się numerem jeden na wszystkich komercyjnych listach przebojów. Nu-metal, rap-metal, czy jakby nie nazywać stylu przez nich reprezentowanego, był dzięki nim w tym czasie, trendem wiodącym w którym za Linkin Park "długo długo nic" i dalej były drugoligowe kapelki. Nic więc dziwnego, że kolejne posunięcia w postaci płyty z remixami, koncertówki czy kolaboracji z Jayem-Z, nie przyniosły im rozgłosu w postaci etykietki tych przełamujących bariery w muzyce, a sprzedawczyków polujących na kasę. Cztery lata po gładkiej jak pupa niemowlęcia "Meteorze", przyszedł czas na "Minutes To Midnight". Chester Bennington powiedział w jednem z wywiadów, że płyta będzie inna niż wszystko co do tej pory robił z kolegami, ale nadal będzie można poczuć, że to Linkin Park. I może właśnie to jest największy błąd jaki popełnili. Na pewno nie można powiedzieć, że zespół popadł w stagnację. Na kolejną powtórkę, mimo potężnej gwardii fanów Linkin Park, wiele osób mogłoby się już nie nabrać. Postawiono więc na zmiany, ale tak niepewne, że szokiem jest dla mnie, że hołubiony przeze mnie producent Rick Rubin pozwolił na zakończenie prac nad albumem, który brzmi jak demówka za niemałe pieniądze. Pierwszy utwór jaki poznaliśmy dzięki zespołowi to singlowe "What I've Done". Pierwsze wrażenie to nie muzyka, a nowy image. Czarne skóry, trochę posmaku popularnego obecnie emo. Muzycznie bez rewelacji i nowości, choć grupa eksploruje nowy teren - tematyka wojenna, jakbyśmy jej w ostatnich latach mieli mało. No ale dobra, jedźmy dalej. Jeszcze przed premierą "Minutes To Midnight", można było usłyszeć dwa inne utwory na koncertach grupy. Były to "Given Up" i "No More Sorrow". Kompozycjami byłem doprawdy oczarowany. Mimo że ich liryki to nadal nic zachwycającego, to brzmienie było ostre, pełne mocy, w pewnym sensie punkowe. Krótko i na temat - ostatni raz takiego buntowniczego i wpadającego w ucho kopa w tak krótkim czasie, otrzymałem bodajże 13 lat temu, w czasie słuchania po raz pierwszy "Smasha" The Offspring. Brak Mike'a Shinody na wokalach, we wszystkich poznanych do tego momentu kompozycjach, również świadczył o tym, że coś jest na rzeczy ze zmianami. Teraz cały album jest już dostępny w sklepach i wbrew przypuszczeniom ani nie jest tak, że reszta płyty brzmi już jak stare Linkin Park, ani również "Minutes To Midnight" nie ma wiele wspólnego z moimi dwoma faworytami. Zmiany poszły w kilku różnych kierunkach. Czy wyobrażacie sobie Chestera Benningtona w repertuarze U2? Jeśli nie, posłuchajcie "Shadow Of The Day". Muzyka również nie jest odległa od tego co od lat prezentują Irlandczycy. Owszem, talentu Linkin Park nie brakuje, więc jest to idealnie odegrany utwór, jednak jakoś nie ma w tym wszystkim serca. W związku z tym, że kompozycje, jak to już się zdążyliśmy przyzwyczaić w przypadku zespołu, są krótkie, klimat wydawnictwa zmienia się z chwili na chwilę. Wspomniane "Shadow Of The Day" zaczyna się po będącym bardzo w stylu "Faint" - "Bleed It Out". Tu m.in. pojawia się rapujący Mike Shinoda, choć jest tu go o wiele mniej niż na poprzednich albumach. Gdy jednak już jest, prezentuje się z trochę innej strony niż zazwyczaj. "Hands Held High" z kościelnymi organami przywołuje na myśl delikatny klimat "Where'd You Go", piosenki Fort Minor - drugiego zespołu Shinody. I tak, MC dużo więcej śpiewa na nowym albumie niż "nawija". DJ zespołu Mr Hahn wydaje się odpoczywać na "Minutes To Midnight". Za to prawie 7-minutowe "The Little Things that Give You Away" zawiera gitarowe solo. Że chaotycznie piszę? Że mieszam w głowach tak wspominając o tej płycie? W ten sposób chcę oddać jej klimat. Album brzmi przy tym wszystkim bardzo niespójnie. Shinoda, reprezentujący często zespół w wywiadach, mówi, że album jest trudny i jeśli komuś się to nie podoba, bo czekał na kolejne "Hybrid Theory", to zespół się nie ugnie i będzie dalej podążał swoją ścieżką. To dosyć zaskakujące, gdyż "Minutes To Midnight" brzmi właśnie jak ankieta skierowana do fanów. Coś w stylu: "pokażcie nam w którą stronę dzisiaj pójść". Chcecie żebyśmy byli pop-rockowymi moralizatorami? A może buntowniczymi punkami? Ballady o miłości, a może o wojnie? Wolicie singlowe tempo czy może zachęciły was te bardziej epickie ciągoty? Z nowym wydawnictwem Linkin Park byłoby wszystko dobrze, gdyby zespół podążył zdecydowanie w którąś z bardzo skrajnych dróg, które zaprezentował, ewentualnie połączył ze sobą mniej elementów na całym albumie, lub wręcz przeciwnie - więcej w każdym kawałku, przekonując, że chce zaryzykować z bardziej złożonymi kompozycjami. Tak się jednak nie stało i powstała płyta na której ostatecznie jest wszystko i nic. "Minutes To Midnight" mimo że nie jest długie, ciężko wysłuchać jednym tchem w całości. Szkoda, bo zawsze uważałem, że ta grupa bardzo utalentowanych ludzi zasługuje na więcej niż tylko komercyjny sukces, który też zresztą wkrótce może się wypalić. Nawet Rick Rubin czasami się myli.
