Teraz Rock
Out of Ashes
Teoretycznie mamy murowaną receptę na sukces. Chester Bennington, facet który wyśpiewał dziesiątki przebojowych refrenów pod szyldem Linkin Park, zakłada dodatkowy zespół. W roli pomocników stawiają się weterani z Orgy, jednej z najbardziej oryginalnych nu metalowych formacji końca lat 90. Teoretycznie... Okazuje się bowiem, że złączone potencjały owocują propozycją przeciętną.
Jasne, melodie są tu nośne, piosenki niemal w stu procentach nadają się do promocji. Problem w tym, że nie powstała żadna nowa jakość. Ot, sprawni muzycy żonglują znanymi stylami, nie mogąc się zdecydować na jednoznaczny kierunek. Zacznijmy od porównań oczywistych. Gdyby w Too Late podmienić beat na elektroniczny i wstawić między śpiew rapowane partie Mike'a Shinody, powstałby kolejny (znakomity) utwór Linkin Park. Mógł go chłopak zachować na następna płytę macierzystej grupy. Wypuszczony do promocji utwór Crawl Black In brzmi jak echo starego Smashing Pumpkins. A Condemned czerpie z rozwiązań aranżacyjnych Nirvany. Give Me Your Name zdominowała dla odmiany gitara gilmourowska, podbarwienia akustyczne też przypominają Pink Floyd, jednak śpiew Brnningtona kieruje to w stronę banalnej ballady. Takiej jak Into You. Rzeczy szybsze, mocniejsze? Inside Of Me brzmi jak kapela pop punkowa, a My Suffering mógłby trafić do repertuaru którejś z formacji Emo. Wszystko podane w dość miękkim brzmieniu, które jest może przyjazne radiu, ale nie na dobre wychodzi potencjalnie cięższym utworom (zwłaszcza End Of The World, z riffem wyrosłym na hard rocku)... A o bardziej rockowe niż Linkin Park oblicze miało przecież w tym przedsięwzięciu chodzić. I o inne teksty, w założeniu bardziej mroczne i osobiste.
Mam jednak wrażenie, że gdyby Dead By Sunrise był zwykłym debiutanckim zespołem, ten album wywołałby w Stanach co najwyżej wzruszenie ramionami, a do Polski w ogóle nie dotarł.
