Chorzów (13.06.2007)

Przebywasz tutaj: Prasa / Relacje

Za nami pierwsze z wielkich wydarzeń koncertowych tego lata: na Stadionie Śląskim w Chorzowie zagrały wczoraj amerykańskie grupy Pearl Jam i Linkin Park. Występ legendy z Seattle i jednej z najbardziej popularnych grup młodego pokolenia okazał się prawdziwym sukcesem. Obejrzało go ok. 45 tys. fanów, nie tylko z Polski.

Był to już czwarty koncert Pearl Jam w Polsce. Występy tej grupy w naszym kraju począwszy od pierwszego na warszawskim Torwarze, (1 listopada 1996 r.) aż do ostatniego zagranego w wypełnionym tylko w połowie Spodku zawsze otaczała aura wyjątkowości podsycanej nie tylko przez fanów, ale i przez samych muzyków. Dla Linkin Park była to pierwsza wizyta w Polsce. Z pewnością muzycy zapamiętają jako jako udaną.

Koncerty gwiazd poprzedziły występy polskich grup Gutierez (laureaci internetowego konkursu na support) i Comy. Później Stadion Śląski opanowali Amerykanie a publiczność wpadła w ekstazę.

Kiedy Linkin Park wyszedł na scenę ok. godz. 19.20 było jeszcze całkiem jasno. To niestety zespsuło poniekąd klimat ich koncertu. Nie wspominając zresztą o tym, że nagłośnienie nie było do końca idealne, co z kolei staje się prawdziwą tradycją koncertów organizowanych zwłaszcza na Stadionie Śląskim. Niemniej jednak Chester Bennington i jego koledzy wybrnęli z kłopotów doskonale. Ich nieco ponad godzinny koncert wypełniły największe przeboje, wśród których znalazły się m.in. takie kompozycje jak: "Somewhere I Belong", "In The End", "Bleed It Out", "The Little Things Give You Away" czy "Breaking The Habit".
Zupełnie niepotrzebny zgrzyt podczas koncertu Kalifornijczyków wywołali fani Pearl Jam skandując nazwę swojego ulubionego zespołu. Bennington wybrnął jednak i z tej sytuacji składając hołd muzykom z Seattle:

- Dorastałem przy ich muzyce i chciałbym żeby nasz zespół znalazł się kiedyś w miejscu, w którym teraz jest Pearl Jam.

Po ok. 70 minutach Linkin Park zszedł ze sceny. Wkrótce pojawili się na niej muzycy Pearl Jam. Rozpoczęli dość niespodziewanie od "Rearviewmirror" - to dość wyjątkowa sytuacja, żeby Eddie Vedder i jego koledzy rozpoczynali koncerty właśnie od tego utworu. Następnie zagrali "Animal" i "Hail Hail". Znany z umiejętności nawiązywania dobrego kontaktu z publicznością Vedder i tym razem nie zawiódł. Czytając po polsku z kartki zwrócił się do tłumu:

- Nie często zdarza mi się grać na kacu. Pozwólcie, że nie będę już więcej próbował mówić po polsku. Nie chcę brzmieć jak 5-latek.

Po czym wyjaśnił, że ma problemy z głosem i nie jest w pełni dysponowany. Zaraz po tym wyznaniu zagrali klasyczny wręcz utwór "Corduroy", tuż po nim zawsze wzbudzający bardzo pozytywną reakcję publiczność "Given To Fly" i jako pierwszy z zaledwie trzech zagranych tego wieczora utworów z nowej płyty: "World Wide Suicide".
Muzycy Pearl Jam wyglądali jakby każdy kolejny utwór sprawiał im coraz większą radość. Bawili się wspólnie z publicznością nie zwalniając ani na moment: "Elderly Woman Behind A Counter In A Small Town", Even Flow (fantastyczne jak zawsze solo Mike'a McCready'ego i chwilę później Matta Camerona na perkusji), "Nothing Man" czy "State Of Love And Trust" były prawdziwymi perełkami tego setu. Odśpiewane przez dziesiątki tysięcy gardeł brzmiały naprawdę świetnie. Ich klimatu nie były w stanie zepsuć chwilowe kłopoty techniczne ze sprzętem czy światłami.

Niedługo potem Eddie Vedder wrócił pamięcią do koncertów, które Pearl Jam zagrał w Katowicach w 2000 r. Drugi z nich odbył się w wypełnionym zaledwie w połowie Spodku.

-Pamiętam ten koncert doskonale. To jeden z najbardziej pamiętnych występów w historii naszego zespołu. Pamiętam, że sala była wypełniona w połowie, dlatego teraz musieliśmy wybrać o wiele większe miejsce, żeby znowu poczuć to samo.

Kłopot w tym, że słuchał go dywan ludzi pod sceną i kilka tysięcy więcej siedzących na trybunach. O powtórzeniu intymności ze Spodka nie mogło być mowy.

Wśród utworów zagranych w czasie pierwszego bisa znalazł się uwielbiany przez fanów "Daughter" z końcówką zaczerpniętą z "Another Brick In The Wall" grupy Pink Floyd. W dzisiejszej Polsce zabrzmiał niemal symbolicznie.
Później stało się coś z czego Pearl Jam słynie. Eddie Vedder wypatrzył pod sceną fana z transparentem, na którym wypisane miał miasta, w których widział koncerty tej grupy. Ten w Chorzowie był jego setnym! Dlatego muzycy pozwolili mu wybrać utwór, który zagrali ze specjalną dedykacją dla niego. Wybrał energetyczny "Whipping". W dalszej kolejności publiczność usłyszała rewelacyjny "Black" i bardzo rzadko ostatnio grany jeden z najsłynniejszych utworów kwintetu z Seattle - "Jeremy".

Jako drugi bis usłyszeliśmy fenomenalny, jak zawsze wręcz "elegancki" - "Indifference". I chociaż Vedder zaklinał się, że chciałby, żeby ten wieczór trwał wiecznie on i jego koledzy musieli zejść ze sceny. Po zaledwie ok. 1,5 godziny.

To był najkrótszy koncert Pearl Jam w Polsce i na pewno nie najdoskonalszy, a mimo to rewelacyjny i z klimatem. Pozostaje czekać na kolejne. Oby nie następne 7 lat.