MusicSerwis
Ostatnio trafiła do mnie płyta zespołu Dead by Sunrise. Jednak nie mogłam połączyć nazwy kapeli z niczym mi znanym – próbowałam przeszukać pamięć, by znaleźć jakiś ślad wcześniejszego istnienia tego zespołu. I trudno się dziwić, że znalazłam mało na ich temat – ponieważ formacja o której mowa, powstała w 2005 roku, ale muzycy specjalnie się nie upubliczniali. Natomiast płyta ‘Out Of Ashes’, którą trzymałam w ręku, jest ich debiutem. Słów kilka o samej kapeli – otóż Dead by Sunrise jest pobocznym projektem wokalisty, którego znamy z zespołu Linkin Park – a każdy, kto kojarzy tego pana, powinien mieć już w głowie obraz całego krążka. Oprócz Chester’a Bennington’a, w skład projektu wchodzą muzycy z Julien-K, którzy wspólnie przez około 4 lata tworzyli krążek, wydany na rynek 30. września 2009 roku.
Z lekkim niepokojem uruchomiłam album. Na pierwszy ogień (nieprzypadkowo) usłyszałam piosenkę ‘Fire’. Delikatny wstęp i po chwili mało skomplikowany gitarowy riff podsunął mi na myśl sformułowanie – proste, rockowe brzmienie. Ale jeszcze się nie zrażałam. Skojarzenie? Lekkie granie, ale na razie niezbyt wciągające. Po pierwszym kawałku zaświtał mi pomysł w głowie ‘Linkin Park II’. Ale to raczej za sprawą specyficznej maniery wokalnej Bennington’a, niż całego brzmienia instrumentarium. Słuchając płyty, miałam wrażenie, że muzycy nie bardzo mają pomysł na zakończenia swoich utworów – cierpliwie brnęłam dalej. Zabrzmiało ‘Too late’ – trzeci numer, który klimatem doskonale mógłby się nadawać do ścieżki dźwiękowej (niekoniecznie z kolejnej części Transformersów) – spokojny kawałek, nieco balladowy, przyjemnie brzmiał w głośnikach – bez zbędnego krzyku i zbyt ckliwych fragmentów. Po prostu stonowana piosenka, dobra na lekkie wyciszenie się – doskonała na dalekie podróże samochodem, ale znów z nieco dziwnym zakończeniem.
„Give me your name’ – na początku, gdyby ktoś podrzucił mi ten kawałek bez słowa wprowadzenia, pomyślałabym, że instrumentarium stworzył David Gilmour z Floydów. Spokojna, bardzo nastrojowa melodia, wprawia w stan lekkiej nostalgii za dawnymi czasami godnego rock’a właśnie na miarę wspomnianej przeze mnie grupy Pink Floyd. Subtelna gitara, dobrze zgrana sekcja rytmiczna i spokojne brzmienie klawiszy doskonale nadają się do słuchania w jesienne, długie dni i wieczory – odpoczywa umysł i ciało. Na końcu kilka akustycznych wstawek doskonale dopełniające całą piosenkę – myślę, że jest to jedna z niewielu perełek na tej płycie.
Ale po chwili spokój przerywa żywiołowe i energiczne ‘My suffering’. I wreszcie coś się dzieje, dobry ale prosty riff, dynamiczne dudnienie basu i bębnów sprawiają, że z chęcią się tego słucha i czeka na dalsze takty. Później krążek przybiera nieco enigmatyczną i bardziej sentymentalną konstrukcję – słowem, zaczyna się robić monotonnie, by nie powiedzieć po prostu nudnawo.
Podsumowując, debiutancka płyta Dead by Sunrise jest krążkiem nagranym poprawnie. Nie zauważyłam jakiś strasznych zaniedbań ze strony technicznej. Kompozycyjnie – poprawnie. Wokalnie – poprawnie. Czyli cała płyta jest...? Monotonna. Niestety, odnoszę wrażenie, że panowie po prostu się nie popisali i po części wygląda to trochę tak, jakby nagrali album i w trakcie jego ‘dopieszczania’ spoczęli na laurach. Można by podzielić ‘Out Of Ashes’ na dwie części – tą bardziej dynamiczną i sentymentalną. Jednak to co ewidentnie przeszkadza mi w odbiorze całości to zakończenia utworów – według mnie mało przemyślane, jakby urwane. Mam nadzieję, że druga płyta będzie bardziej spójna i dynamiczna – końcowa ocena to 4,5 w dziesięciostopniowej skali.
