Review Rinse Repeat

Przebywasz tutaj: Prasa / Recenzje
Okładka A Thousand Suns

To zabawne, jak działa rynek muzyczny. Wydanie niesamowitego debiutanckiego albumu, powszechnie uznawanego przez krytyków, jak i laików, pomaga wyznaczyć nowy standard gatunku, jest odtwarzany przez lata i pomaga zespołowi zbudować ogromną rzeszę fanów. Po tym robi się już nieco dziwniej. Jeśli wspomniany zespół zdecyduje się pozostać przy swojej dotychczasowej formule, tworzy kiepską muzykę, która powiela wiele elementów z wcześniejszego materiału, grając przy tym bezpiecznie, ponieważ fani pozostają przy zespole, a krytycy nie są zbyt brutalni (patrz: odpowiedź na moją recenzję nowego albumu Goo Goo Dolls). Jednakże, jeśli zespół zdaje sobie sprawę, że aby mieć prawdziwy i długotrwały wpływ na świat, musi być elastyczny, z każdym albumem dojrzalszy, musi zmieniać brzmienia i odkrywać nowe dziedziny, wtedy jest szkalowany przez byłych ''fanów'' i krytyków. Jest też dyskredytowany w Internecie, ignorowany i/lub patroszony przez elitarną grupę słuchaczy, a wysiłek tworzenia nowatorskiej, dojrzałej, po prostu innej muzyki jest wyśmiewany, czy jest to uzasadnione, czy nie. A w wielu przypadkach - nie jest.

Linkin Park jest doskonałym przykładem tego zjawiska. Choć z pewnością nigdy nie byli ulubieńcami krytyków, ich debiutancki album z 2000 roku, ''Hybrid Theory'', rozpoczął dekadę z odważnym stwierdzeniem: nu-metal może generować dobrą muzykę. Rap i rock nie muszą ze sobą walczyć - mogą być ze sobą scalone, jeśli ma się dobrą, gorącą lutownicę. ''Meteora'' z 2003 roku śmiała się prosto w twarz ''syndromom drugiej płyty'', stanowczo przy tym oświadczając, że głośny nowoczesny rock może być dobry oraz dowodząc, że Linkin Park to jeden z najważniejszych i największych zespołów dekady.

W tym momencie Bennington, Shinoda i spółka mogliby do końca świata wydawać albumy rap-rock-metalowe i powoli odejść w niepamięć, jako kolejny superpopularny zespół rockowych stacji radiowych. Ale nie. Nie zgodzili się na to. Dorośli, lirycznie i muzycznie, a wydanie nowego albumu, ''Minutes To Midnight'' z 2007 roku, zajęło im 4 lata. I wówczas dziwna część branży muzycznej uderzyła w nich, jak taran. Zamiast doświadczania radości, niezliczona ilość nieświadomych ludzi nie zwracała uwagi na wspaniałe polityczne teksty (''Hands Held High'', ''No More Sorrow''), poszukiwania epickiego dźwiękowego pejzażu (''The Little Things Give You Away''), nieco eksperymentalne tułaczki (bezrefrenowe ''Valentine's Day'', crescendo w ''In Pieces'') czy chwytliwe jak cholera wspomnienia ich młodzieńczych osobowości (''Given Up'', ''Bleed It Out''). Być może ci ludzie nie dojrzeli tak, jak dojrzało Linkin Park, a pozostali przykuci do swoich młodzieńczych lęków czy męskiego gniewu. Być może chcieli fajnej, a nie dobrej muzyki. Być może przyjęli pewne założenia i ugruntowali oczekiwania, a nie otworzyli umysłów na nowe brzmienia. Jakkolwiek by nie było, ''Minutes To Midnight'' to w dużej mierze niedoceniony album, biorąc pod uwagę to, że był to jeden z najlepszych rockowych krążków pierwszej dekady XXI wieku.

Prawda jest taka, że Linkin Park był świetnym hard rockowym zespołem. Jeśli na początku lat '00 byłeś nastolatkiem, młodym dorosłym lub po prostu miałeś kontakt z emocjami, zwracali się bezpośrednio do ciebie. Jednak nie jest to już ten sam zespół. Dojrzeli, eksperymentowali, zmienili się. Zdecydowali, że dwa i pół albumu gniewu, alienacji i lęku to wystarczająco dużo. Przeszli do tego, co tak naprawdę liczy się na tym świecie - ubóstwo, wojna, odpowiedzialność, życie, śmierć, nierówność... i to właśnie w takim klimacie utrzymany jest czwarty pełnometrażowy album Linkin Park - ''A Thousand Suns''.

Po pierwsze (tak, wiem, że to dziwne, by wreszcie zacząć mówić o albumie w środku recenzji) Linkin Park ma obsesje na punkcie apokaliptycznym. Tytuł ''Minutes to Midnight'' był odniesieniem do ''Doomsday Clock''' - wynalazku naukowców, który próbuje przewidzieć, kiedy katastrofa nuklearna wyeliminuje nas wszystkich. Album jednak tylko częściowo spełniał oczekiwania tytułu, a pustka ta zostaje wypełniona przez ''A Thousand Suns''. Jest to album koncepcyjny poruszający temat wojny nuklearnej i, Boże Wszechmogący, jest niezwykle apokaliptyczny, zarówno muzycznie jak i lirycznie. Nigdy nie było i prawdopodobnie nigdy nie będzie albumu, który tak dokładnie przedstawia (potencjalne) zniszczenie Ziemi przez człowieka i naukę.

Po drugie, ''A Thousand Suns'' to ALBUM. Nie jest to zbiór utworów. I nie ma być jako taki zbiór słuchany. Zespół przymierza się nawet do wydania wersji na iTunes, która byłaby jednym utworem, trwającym 47 minut i 56 sekund. Nie jest to ''album'' konwencjonalnych standardów w większym stopniu niż albumy ''Dark Side of the Moon'' czy ''Kid A.'' Oczywiście, są tam możliwe do rozróżnienia utwory, ale aby zrozumieć i docenić którykolwiek z nich, musisz odnieść się do całości albumu. Aby zrealizować tą kwestię tylko 9 na 15 utworów z ''A Thousand Suns'' to pełnowymiarowe ''piosenki''. Pozostałe 6 to różne muzyczne łączniki z powtarzającymi się motywami. Utwór otwierający album, ''The Requiem'' prezentuje to: samotny, minorowy, rozpaczliwie powtarzający się motyw pianina; kobieta śpiewa tekst, który później pojawi się w epickim ''The Catalyst'' (''God save us, everyone/We will burn inside the fires of a thousand suns''), a jej głos przemienia się w przyprawiający o gęsią skórkę głos robota, podobnie jak głos Martin'a Luther'a King'a Jr. podczas przemówienia w niesamowitym osiągnięciu, jakim jest ''Wisdom, Justice, and Love''. ''The Radiance'' wprowadza kolejny motyw: przemówienia. Został tam wykorzystany fragment słynnego przemówienia Oppenheimer'a, ''Destroyer of Worlds'', zakończonego industrialowymi dziękami i biciem serca. Późniejsze przemówienia Mario Savio i MLK Jr. będą jeszcze bardziej złowieszcze.

W rzeczywistości pierwsza ''piosenka'' to ''Burning in the Skies''; jest to melodyjny i rytmicznie napędzany kawałek, który przypomina ''Shadow of the Day'' z ''Minutes To Midnight''. Kawałek porównujący śmierć niewinnych ludzi do paliwa napędzającego wojnę, może nie być najlepszą częścią ''A Thousand Suns'', ale nadaje ton równie skutecznie jak dwa poprzednie intra. Jej muzyczne maniery powtarzają się również w utworze ''Robot Boy'', który patroszy tych, którzy twierdzą, że ''współczucie to wada'' lub tych, którzy za bardzo koncentrują się sobie; tekst ''Iridescent'' wyszczególnia rodzaje niebiańskiej transcendencji [transcendencja rozumiana jako przekroczenie granicy, przedstawiającej coś istniejącego czy znanego - dop.tłum.] w wyniku nuklearnej zagłady (''a burst of light that blinded every angel''). Jest to chyba najbardziej emocjonalny moment na płycie, która jest wyjątkowo osobista i jednocześnie wszechogarniająca.

Są to momenty inspirowane alternatywnym rockiem. Ale co z rockiem? Linkin Park nie byłoby sobą, gdyby od czasu do czasu nie wypuściło go na wolność. I właśnie tak robią. ''When They Come for Me'' zawiera najlepsze partie perkusji, które stanowią tło dla stylizowanego na ragga rapu Shinody oraz imponującego bezsłownego refrenu. A w momencie, w którym utwór po prostu nie może być już lepszy, taki właśnie się staje; po krótkiej przerwie, ostatnie 35 sekund zawiera stylizowany na bliskowschodni wokal, który powtarza wcześniejszy refren utworu. Jest to jeden z najlepszych utworów tego roku, podobnie jak ''Wretches and Kings''. Ten drugi rozpoczyna się słynną przemową Mario Savio ''Bodies upon the Gears'', będącą idealnym przejściem do dysonansowych gitar i miażdżącego finału zawierającego najlepszy refren, jaki Chester kiedykolwiek napisał czy wyśpiewał (''We, the animals, take control/ Hear us now, clear and tall/ Wretches and kings, we come for you''). Linkin Park otarło się o Rage Against the Machine podążając w ślad za nu-metalowymi inspiracjami będącymi spełnieniem Nine Inch Nails i Hybrid Theory. Ostatecznie, to właśnie takie drobiazgi tworzą album, a dźwięki zapowiadające nadejście mostka w ''Wretches and Kings'' są dopełnieniem tych drobiazgów.

I nawet dla tych, którzy tęsknią za krzyczącym Chesterem jest coś specjalnego: ''Blackout''. Utwór, rozpoczynający się dźwiękiem syntezatora oraz zapętlonymi uderzeniami bębnów, nie wyskakuje jak czarny charakter w filmie grozy, ale raczej zakrada się do ciebie. Gdzieś koło minuty pojawia się znakomita perkusja, która nadaje wyrazu być może najlepszemu w historii popisowi Chestera. Kiedy wrzeszczy: ''fuck it, are you listening?!'', byłoby lepiej, żebyś słuchał. Może brakować gitary, ale jest to najbardziej hardcorowe Linkin Park w historii. Ponieważ jest prawdziwe.

Prawdę mówiąc, ostatnie dwa utwory z ''A Thousand Suns'' są warte komentarza przed zakończeniem tej recenzji i pozwoleniem wam zadecydować, czy Linkin Park stworzył jeden z najlepszych albumów rockowych w historii, czy nie. ''The Catalyst'' jest trudnym bezrefrenowym podsumowaniem poprzednich 13 utworów, łączącym je wszystkie w jeden wielki finał. A potem nadchodzi ''The Messemger''. Podobnie jak pierwszy i ostatni utwór z albumu Pink Floyd, ''Animals'', to ostatnie przesłanie serwuje nam samotną gitarę akustyczną, kilka rzadkich aranżacji smyczkowych i Chestera. Jest to utwór pogrążający w smutku ale optymistyczny, przygnębiający ale piękny. To przesłanie o zbawieniu, przyniesione nam przez tych wspaniałych posłańców, którzy potrafią uchronić ludzkość od zagłady w ''tysiącach słońc''. ''When life leaves us blind, love keeps us kind.'' Nigdy nie było prostszego, prawdziwszego przesłania zamykającego album.

Jestem świadomy, że wielu słuchaczy nie podzieli mojej opinii na temat tego albumu. Otrzymał już niepokojąco słabe recenzje (czy naprawdę możemy zaufać krytykom, jeśli nie potrafią dostrzec w tym albumie geniuszu?) i był atakowany przez przypadkowych użytkowników w całym Internecie (zanim usiadłem do napisania tej recenzji, przeprowadziłem duży przegląd)... i jakimś cudem MTV postanowiło nazwać to ''Linkin Park Kid A.''. Nawet jeśli zostaliby zmuszeni, nie wsłuchiwaliby się w ''Kid A''. To nie jest ''Kid A''. To nie jest Pink Floyd. ''A Thousand Suns'' jest kompletnie innym gatunkiem, a nawet zgłębianiem tego gatunku; poprzednie zespoły podobnie badały swoje gatunki. Jest to epicka pogoń, autentyczna apokaliptyczna siła natury. To album który nie musi być sklasyfikowany jako zbiór ''utworów'' czy ''singli''... innymi słowy, to prawdziwa sztuka. I jest to CHOLERNIE dobry album.