Recenzja "Living Things"
Serwis ArtistDirect.com przygotował recenzję najnowszego albumu Linkin Park - "Living Things". Tłumaczenie artykułu przygotowane przez serwis LinkinPark.pl zamieszczam poniżej:
"Praktycznie wszystkie najjaśniejsze i najwspanialsze elementy brzmienia zespołu zostały zawarte i rozwinięte na tym albumie, który nie tylko spełnia nadzieje rozpalone singlem „BURN IT DOWN”, ale wręcz przerasta najśmielsze oczekiwania.
Odstawmy to jednak na bok. Living Things to najlepszy album Linkin Park i punkt zwrotny dla całego rocka. 26 czerwca najwierniejsi fani zespołu oraz wszyscy inni słuchacze zostaną zabrani na niezwykłą muzyczną przejażdżkę.
LIVING THINGS do życia pobudzaja powtarzający się sygnał w "LOST IN THE ECHO". Wkrótce dołącza do niego poruszająca ziemię perkusja Roba Bourdona i lekki, magiczny syntezator Joe Hahna. Przy akompaniamencie brutalnych gitar Brada Delsona, Mike Shinoda zaczyna hermetyczną zwrotkę słowami: "You were that foundation". Chester Bennington brzmi potężnie, jak dawniej, podczas wielkiego refrenu, tworząc niezwykłą harmonię z Shinodą. Obaj pozostają najbardziej intrygującym muzycznym duetem, a ich interakcja w tym utworze po prostu rozsadza umysł. Cybernetyczny szał trzeszczy podczas scratche’owanego mostka, przed tym jak Bennington śpiewa z efektem echa: "This time I finally let you go". W utworze możemy również usłyszeć dudniący bas Phoenixa, a to wszystko sprawia, że nagle przenosimy się do świata rządzonego przez tych sześciu osobników.
Potok scratche’ów napędza potężną, taneczną perkusję w "IN MY REMAINS", podczas gdy wokal Benningtona splata się z migotliwą elektroniką. Wojskowe bębny przerywają utwór, a Shinoda elegancko tworzy niezapomnianą harmonię z pianinem, głosząc: "Like an army falling one by one".
"BURN IT DOWN" już stał się ponadczasowym hymnem z porywającym refrenem. W oszałamiającym “LIES GREED MISERY” Shinoda brzmi jakby rapował z innej galaktyki. Ten kawałek to prawdziwe uderzenie w twarz XXI wieku; zglitchowany, wkurzony hard-rock.
Subtelne klaskanie wybrzmiewa swobodnie wspólnie z dźwiękami keyboardu na początku "I'LL BE GONE", zanim następuje kolejne nagłe uderzenie. Żywe riffy Delsona sprawiają, że w utworze pojawia się ogień. W "CASTLE OF GLASS" mamy do czynienia z iście folkową elegancją, ujawniającą, jak dotąd, jeden z najbardziej poetyckich tekstów Shinody i Benningtona—"I'm only a crack in this castle of glass." Następnie zespół zmierza w stronę najostrzejszego utworu w swoim dorobku - "VICTIMIZED".
Nigdy wcześniej Linkin Park nie zrobił czegoś tak bolesnego i brutalnego. Thrashowa paranoja niszczy system plemiennymi bębnami, tuż przed rozdzierającym gardło wrzaskiem. Kawałek jest okrutny, brutalny, intensywny. Ten nieoczekiwany zwrot akcji jest po prostu kurewsko zajebisty. Dosłownie można sobie wyobrazić festiwalową widownię rozrywającą ziemię przy tym kawałku.
"ROADS UNTRAVELED" jest ukłonem w stronę klasycznego rocka, jednak jeszcze nigdy czegoś takiego nie słyszeliście. Szczególnie, kiedy uderza ten wielki przester. "SKIN TO BONE" ma w sobie elektroniczną ikrę, aż do momentu refrenu, który jest kolejną miłą niespodzianką. Dla odmiany, "UNTIL IT BREAKS" zaznacza się jako najbardziej przejmująca ballada stworzona przez zespół.
Punktem kulminacyjnym albumu jest "POWERLESS". Utwór ma w sobie wagę ścieżki dźwiękowej Johna Williamsa i moc najlepszych utworów Linkin Park.
Living Things jest nie tylko jednym z najlepszych albumów dekady, ale jest również nową klasyką. Raz jeszcze Linkin Park podniósł poprzeczkę. To hybryda jakiej nigdy nie słyszeliście i nie usłyszycie—aż do następnej płyty zespołuŚwiat błagał o świetny rockowy album. I oto jest."
EDIT: Autor recenzji napisał również na Twitterze, że utwór "TINFOIL" jest (świetnym) instrumentalem.
Komentarze
@corell albo i chwalenia jeśli naprawdę się postarali. LT jest istnym obrazem lustrzanym Meteory (pomijając Forward) jeśli chodzi o długość, ilość piosenek i insturmental na przed ostatnim miejscu więc wszyscy Ci co tak bardzo chcieli powrotu do korzeni mają teraz to o co prosili w pewnym sensie :P Zobaczymy jak będzie z samymi utworami :D
Shinoda chyba sam tą recenzję napisał :P
Mało wiarygodna recenzja. Z tego co można było tu i ówdzie wyczytać, to oni prawie każdej płycie dają 4/5 albo 5/5. Nawet ostatnie niefortunne "popisy" Korna i Metalliki dostały od nich wysokie oceny. To samo z Limp Bizkit i Gold Cobrą (dali im 5/5 o czym pisałem już wcześniej na shoucie).
Bez wątpienia recenzja napawa mnie optymizmem. Jednak wydawało mi się, że Burn It Down inaczej zapowiadało nowy album. Jednak gdy wyczytałem, że będzie trochę klasycznego rocka, trochę mocnych gitar, skreczy Hahna - to się ucieszyłem. Jeden instrumental (czyli przerywnik) będzie do strawienia, a może i nawet będzie stanowić fajne wprowadzenie do następnego kawałka na płycie. Cóż, pozostaje czekać na premierę. Mam nadzieję, że to, co pisali, spełni się :)